79. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Pamiętamy…

Na mocy rozkazu dowódcy Armii Krajowej, gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” Powstanie Warszawskie rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 r. o 17.00, tzw. godzinie „W”. Miało na celu wyzwolenie stolicy spod niemieckiej okupacji przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej. Powstanie, planowane na kilka dni, upadło 3 października po 63 dniach walki. W jego wyniku zginęło od 16 tys. do 18 tys. żołnierzy AK i od 150 tys. do 180 tys. cywilów. Po kapitulacji Warszawa została doszczętnie zniszczona przez Niemców.

Powstanie było zrywem ludzi młodych. Większość żołnierzy wkroczyła w dorosłość podczas okupacji. Walczyli również małoletni. Młodsi członkowie Szarych Szeregów służyli w Harcerskiej Poczcie Polowej oraz podobnie jak kilkunastoletnie dziewczęta byli łącznikami i sanitariuszami, starsi walczyli z bronią w ręku na pierwszej linii frontu. Tylko 40 proc. powstańców przeszło pełne wyszkolenie bojowe, większość z racji młodego wieku (65 proc. powstańców miało poniżej 25 lat) nie zdążyła odbyć szkolenia wojskowego przed wybuchem wojny. Ci, którzy je ukończyli, nie zawsze mogli wykorzystać nabyte umiejętności, ponieważ walka w mieście stawiała inne wymagania niż manewry na poligonach lub kampania 1939 r.

Chociaż osobiste motywy udziału w powstaniu były rozmaite, w relacjach wielu uczestników powtarzały się podobne dążenia: przede wszystkim spełnienie patriotycznego, żołnierskiego obowiązku i wyzwolenie stolicy spod władzy znienawidzonego okupanta. Pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki, szef Oddziału II (informacyjno-wywiadowczego) Komendy Głównej AK, tak opisywał potrzebę wzięcia udziału w patriotycznym zrywie: „Trzeba było przeżyć 5 lat okupacji w Warszawie, aby czuć to, co czuła ludność i żołnierze. Trzeba było żyć dzień po dniu, godzina po godzinie przez pięć lat w cieniu więzienia na Pawiaku, trzeba było w ciągu tych miesięcy widzieć, jak znikają przyjaciele jeden po drugim, odczuć za każdym razem skurcz serca w piersi, trzeba było codziennie słyszeć odgłosy salw tak, że się już przestawało je słyszeć, przyzwyczaić się do nich, jak do dzwonów kościelnych, trzeba było milcząco asystować na rogu ulicy w smutny zimowy wieczór lub świetlisty poranek wiosenny, przy egzekucji dziesięciu, dwudziestu, pięćdziesięciu przyjaciół, braci lub nieznajomych, wziętych przypadkowo z tłumu, spędzonych pod mur, z ustami zaklejonymi gipsem i oczami wyrażającymi rozpacz lub dumę. Trzeba było to wszystko przeżyć, aby zrozumieć, że Warszawa nie mogła się nie bić”.

W rocznicę Powstania co roku, 1 sierpnia, o godzinie 17:00 Warszawa zamiera – wyją syreny, tysiące ludzi zatrzymuje się na minutę w ciszy, aby oddać hołd bohaterskim Powstańcom Warszawskim.

“Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością”

78 lat temu – 4 sierpnia 1944 roku, w czwartym dniu powstania warszawskiego zginął patron naszej szkoły Krzysztof Kamil Baczyński. Był żołnierzem, ale i poetą czasu wojny, przedstawicielem pokolenia Kolumbów.

W momencie wybuchu Powstania Krzysztof Kamil Baczyński otrzymał rozkaz stawienia się na ulicy Focha. Na wyznaczone miejsce nie zdołał jednak dotrzeć i 1 sierpnia przyłączył się do oddziału złożonego z ochotników, którym dowodził dowódca reduty “Ratusz-Pałac Blanka” ppor. Lesław Kossowski “Leszek”.

4 sierpnia 1944 roku po południu Krzysztof Kamil Baczyński – starszy strzelec podchorąży “Krzyś” – nie miał służby. W jednym z pokojów pałacu Blanka rozmawiał z kolegą z oddziału. Stał obok okna. W pewnym momencie wychylił się trochę zza muru. Wtedy niemiecki snajper pociągnął za spust. Wieść o śmierci utalentowanego młodzieńca rozeszła się po całej powstańczej placówce. Na dziedzińcu ratusza ciało poety żegnali nie tylko walczący, lecz także cywile. Szeptano, że to ktoś na miarę Słowackiego.

W ostatnich dniach sierpnia 1944 roku Barbara Baczyńska została podczas bombardowań trafiona w głowę odłamkiem szkła. Zmarła 1 września. Nigdy nie dowiedziała się, co stało się z jej mężem. Nie mając jednak żadnej wiadomości o nim, była pełna złych przeczuć. Umierając, mówiła: “Krzysztof nie żyje, to i ja nie chcę żyć”.

Osobą, która najdłużej nie wierzyła w śmierć Krzysztofa, była jego matka. Nie udało jej się znaleźć ani świadków jego śmierci, ani osób mogących potwierdzić, że przeżył. W poszukiwaniach syna pomagała jej Feliksa Drapczyńska. W styczniu 1947 roku podczas ekshumacji powstańczych mogił pod ratuszem obie kobiety rozpoznały szczątki Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, choć po tylu latach nie było to łatwe.

opracowanie:
Biblioteka Szkolna
mgr Małgorzata Zielińska
mgr Agata Hajdas